wtorek, 27 sierpnia 2013
Mana 4 dzień (27/08/13)
W końcu nurkowanie! Podobno przejrzystość wody nie jest zbyt dobra i nie ma jakiś specjalności miejscowych, ale to się okaże. Wiatr się uspokoił. Ceny dość wysokie : w Rata kinu 120$ za zejście, u nas 95$. B próbuje obu – wyższa cena wiąże się też z lepszą jakością. Zobaczyć można było różne rekiny – i te z mniejszych i takiego 2-metrowego, morskie ogórki, kolorowe rybki i żółwia. Znów się zakradliśmy do resortu, tym razem Fi chciał pływać na desce (wzięliśmy taką dmuchaną) i mówi, że będzie surferem. Niestety basen wciąż był zamknięty, ale morze też było świetne. Ponurkowaliśmy w rafie, budowaliśmy lotnisko z piasku i leżeliśmy pod palmami. W związku z brakami w zaopatrzeniu mamy coraz lepsze jedzenie – dziś na lunch warzywne curry z ryżem, wyśmienite, Fi zjadł prawie całą dorosłą porcję. Wieczorem znów wybraliśmy się na zachód słońca, tym razem od strony plaży miejscowych, było bardzo przyjemnie. Wieczorem dostaliśmy specjalnie zamówiony dahl, krewetki i jagnięcinę curry, bardzo dobre! Po kolacji (przy akompaniamencie polinezyjskiej muzyki) były znów tradycyjne tańce, ale Fi mimo popołudniowej drzemki znów zasnął. Noc mieliśmy trochę jak z horrorów, do domku zakradły się myszy (lub szczury) i strasznie hałasowały szukając jedzenia. Chciałam wyskoczyć z łóżka, ale myśl, że mogę nadepnąć na jedno z tych stworzeń skutecznie mnie powstrzymała. Do lokalnego folkloru więc, oprócz mojego uczulenia na miejscowe insekty (dzięki czemu wyglądam jak trędowata), mogę dodać odwiedziny małych futerkowych gryzoni….Dobrze, że to ostatnia noc tu…
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz